Proza

Łukasz Ossoliński
Łukasz Ossoliński
miasto: Dąbrowa Chotomowska

Ja (ur. 1968), za późnej komuny współredaktor art-zinu "Linie" oraz samodzielny wydawca nieregularnika "Ucięta ręca". Uwielbiałem korespondować z cenzorami z Mysiej, ponieważ wydając zakaz publikacji treści, które im podsyłałem, mile pieścili moją próżność zdaniami w rodzaju "podważa sojusze" lub "godzi w dobre imię kierownictwa PZPR". "Linie" od czasu do czasu ukazują się do dzisiaj, tak samo jak od czasu do czasu opublikuję książkę.


Nie samym chlebem

Dochodziła dziesiąta wieczorem. Harmider codziennej krzątaniny właśnie zamarł, dzieci usnęły wtulone w matkę, nawet podwórzowy burek nie szczekał, znużony skwarnym dniem. Piotr, z fajką w dłoni, usadowił się wygodnie za stołem, pozwalając zmęczeniu spływać w pięty bystrym strumieniem. Wpatrywał się z zadowoleniem w stojący przed nim gąsiorek.
    Pukanie do drzwi zburzyło nastrój. Pies nie zaszczekał, więc intruz był znajomkiem i częstym gościem. Istotnie, w uchylonych drzwiach pojawiła się głowa Janusza.
    - Można? ? nie czekając na zaproszenie Janusz wślizgnął się do izby. Spojrzał z uznaniem na stół. ? Jak widzę, przyszedłem w samą porę.
    Piotr był innego zdania, niemniej potwierdził oszczędnym skinieniem. Wstał, ruszył się do kredensu po dwa kubki. Oba napełnił uczciwie gorzałką z gąsiorka. Wypili.
    - Słyszałeś, Piotrze, że Niemce spalili wczoraj Masłowice?
Masłowice leżały sześć wiorst od ich Gajowa, zaraz za dzielącym wsie lasem.
    - Nie trzeba wiedzieć, łunę widać było, a i krzyki wiatr przyniósł.
    - Otóż właśnie ? oblizał wargi Janusz i uśmiechnął się z widocznym wysiłkiem. ? Musimy radzić, jak tego losu nam trzeba uniknąć.
    - Co ci tam pod czupryną chodzi?
    Janusz pochylił się w stronę Piotra i spojrzał mu w głąb oczu.
    - Masłowice z dymem poszły, bo Żydów tam po stodołach chowali. Niemce się dowiedzieli i Masłowic nie ma. Rozumiesz?
    - Co mam rozumieć?
    Janusz usiłował roześmiać się, lecz nie śmiech mu z ust wyleciał, a dźwięk na podobieństwo charchotu wydawanego przez osobę w agonii.
    - Ja tu jestem sołtysem, tak? ? Piotr kiwnął głową na potwierdzenie. ? Więc na mnie spływa powinność troski o wieś.
    - Nie przeczę?
    - Słuchaj! Sołtys musi wiedzieć wiele, więc ja dużo wiem, uwierz mi.
    - Tako wierzę? Dużo wiesz.
    - Tak, wiem. ? Oczy Janusza płonęły. ? Wiem, przyjacielu, co ty tam chowasz w obórce.
    Piotr kurczowo zacisnął palce na trzymanej w dłoni fajce. Odczekał chwilę z odpowiedzią, aby sołtys nie usłyszał drżenia w jego głosie.
    - Niczego nie chowam, wszystko na wierzchu trzymam?
    - Na wierzchu, mówisz. A pod spodem? Pod podłogą? Tam, gdzie w loszku zawsze takie gąsiorki jak ten trzymałeś?
    Piotr sięgnął po zapałkę. Nieporęcznie mu przypalanie fajki, musiał użyć drugiej i trzeciej.
    - Czego ty właściwie ode mnie chcesz?
    - Gajowo to więcej niż trzydzieści gospodarstw. Prawie dwieście dusz. A dwieście to znacznie więcej niż? ilu ty ich tam masz? Czterech? Pięciu?
    Nie było sensu dalej się wypierać.
    - Pięcioro ? wyrzekł wolno Piotr. ? Dwoje dorosłych i trójka drobiazgu.
    - Pięcioro ? powtórzył Janusz. ? Pięcioro? a dwieście. Rachunek jest prosty i oczywisty.
    - Co ma ta matematyka znaczyć?
    - Nie udawaj, że nie rozumiesz. Jako plony przed szkodnikiem i niepogodą osłaniasz, tako i swoich sąsiadów chronić powinieneś. A nie na zgubę narażać.
    - Jeśli zachowasz milczenie, nikt się o niczym nie dowie.
    - Jeśli ja wiem, to i inni wiedzą. Na razie szepczą do siebie, lecz jeśli te szepty dojdą do uszu Kreishauptmanna? On już powiadomi kogo trzeba. Chcesz tu Masłowic?!
    Fajka zgasła. Piotr w skupieniu zajął się czyszczeniem główki.
    - Cóż z tego, jeśli wiedzą ? odezwał się wreszcie. ? Nic im po tej wiedzy, bo jeśli doniosą, to i tak cała wieś zgorzeje.
    - Niekoniecznie ? wycedził Janusz. ? Zgorzeje, jeśli Niemce sami ich znajdą. Nagrodzą, jeżeli sami powiemy.
    - Co ty mówisz? Chcesz donieść?
    - Na razie chcę, abyś był mądry. Abyś podjął właściwą decyzję. Pamiętaj, tu o nie tylko wieś idzie, lecz i twoją rodzinę.
    - Oni to też rodzina. Mają syna w wieku mojego?
    - Ich jest mniej, a ich los i tak jest przesądzony.
    - O czyimś losie nie ty, lecz Bóg decyduje.
    - Gdyby Bóg był, nie stawiałby nas w takiej sytuacji.
    - Bluźnisz. Wyjdź z mojego domu.
    - Nie wyjdę, dopóki nie dasz mi odpowiedzi.
    - Nie dam ci żadnej odpowiedzi. Odejdź w pokoju, skoro z Bogiem nie chcesz.
    Janusz zerwał się na nogi.
    - Jeśli ty się nie zdecydujesz, zrobię to za ciebie. A wtedy pożałujesz.
    Piotr także powstał.
    - Grozisz mi? Swojemu przyjacielowi, swojemu kumowi? Od dziecka się znamy, a teraz nastajesz na mnie niczym głodny wilk?
    Stali naprzeciw siebie, oddzieleni stołem. Wydawało się, że za chwilę jeden rzuci się na drugiego. Wreszcie Janusz rozluźnił się i uśmiechnął pojednawczo.
    - Usiądźmy ? zaproponował. ? Nalej jeszcze po jednym.
    Piotr powoli się uspokajał. Napełnił kubek Janusza, potem swój.
    - Czy ty nie rozumiesz ? podjął Janusz ? że ja chcę jedynie ocalić nam życie? Masz wątpliwości, czy to dobry wybór? No, ja też mam, ale dobrego wyjścia nie ma. Pięciu ludzi za dwustu ? to przymusowa sytuacja, każdy przyzna, że nie można inaczej.
    - Nie jestem sędzią, by o czyimś losie decydować.
    - Panem swoich czynów też nie. Robisz, co ci Niemce rozkażą. A oni rozkazują Żydów wydawać. To na nich odpowiedzialność spływa, nie na ciebie.
    - Mam ręce umyć niczym Piłat?
    - Tak! ? wykrzyknął Janusz. ? Właśnie tak. Piłat nie był niczemu winien, krew Jezusa nie na niego spłynęła.
    - Ksiądz proboszcz opowiadał, że Piłat źle skończył. Pono wyrzuty sumienia żyć mu nie dawały i śmierć własną ręką sobie zadał.
    - Wolisz śmierć z Niemca ręki? Nie tylko dla siebie, także dla bliskich? Dla nas? Piotrze, nosisz imię apostoła, który trzykroć zaparł się Jezusa. Zaparł się, bo taka była konieczność. Bo nie miał wyboru. No i co? I tak został świętym, pierwszym spośród innych apostołów. Każdy czyn ma swoją wagę, sprawiedliwy osąd i tak poza nami pozostaje.
    Piotr zamyślił się. W milczeniu nalał do kubków. Janusz nerwowo chwycił naczynie, opróżnił je jednym haustem. Cały dygotał, lecz starał się wykazywać opanowaniem. Oblizywał wargi, z nadzieją wpatrując się w twarz gospodarza. Widział, że ów się zastanawia, wahanie poczytywał za dobry znak.
    Faktycznie, dumał Piotr, nikt nie ma obowiązku być bohaterem, każdy natomiast ma obowiązki wobec najbliższych. Nie on odpowiada za wojnę i wszystkie nieszczęścia, które przyniosła. To Niemce na Żydów polowali, to oni palili wsie i zabijali mieszkańców. Kim był Piotr, by się takiej nieubłaganej sile przeciwstawiać? Nic się nie dzieje bez woli Boga, a skoro Bóg nasłał na ziemię wojnę, to znaczy, że tak chciał. Niech Niemce się rozliczają z niebiosami za swoje postępowanie. Piotr jest tylko pyłkiem na kwiecie świata.
    Obejrzał się przez ramię na izbę, w której spała jego żona z dziećmi. Czy ma prawo ich narażać, czy ma ich poświęcić? Czy wolno mu taką decyzję podjąć? Nabrał głęboko powietrza, wypuścił, nabrał, wypuścił i tak kilka razy. Spojrzał na Janusza, na jego twarz, czerwoną od wzburzenia i wypitego alkoholu. Patrzył na Piotra ni to błagalnie, ni to z wyrzutem.
    - Podjąłeś decyzję? ? wyszeptał z napięciem.
    - Kim jestem, aby o czymś decydować? Decydują za nas siły, przy których jesteśmy prochem i pyłem.
    - A więc? ? Janusz zerwał się na nogi, najwyraźniej nie rozumiejąc, o co Piotrowi chodzi. ? Tak czy nie? Co postanowiłeś?
    - Umywam ręce. Jutro możesz zadowolić swoich panów i nadstawić dłonie na deszcz srebrników.
    - Czyli zgadzasz się? ? upewniał się Janusz. ? Tak? To dobrze. Podjąłeś właściwą decyzję. Nikt we wsi cię za nią nie zgani, przeciwnie, będziesz bohaterem.
    - Idź już. Spać mi się chce.
    Sołtys ruszył się ku wyjściu, po drodze potknął, niemal się przewracając. Chwilę siłował z drzwiami, otworzył je wreszcie, wytoczył na zewnątrz.
    - Dobrześ uczynił ? dobiegło jeszcze z zewnątrz, po czym drzwi trzasnęły i zapanowała cisza. Piotr nalał sobie resztę samogonu i sączył powoli, coraz niżej opuszczając głowę. Wreszcie osunął się na stół i zapadł w ciężki sen.
    Obudziło go pianie koguta.
    Bezmyślnie popatrzył na przewrócony gąsiorek, puste kubki, popiół wysypany z fajki. Spojrzał przez okno blask widoczny na widnokręgu przez wstające słońce i oczy mu się nagle rozszerzyły. Zerwał się od stołu i podbiegł do sąsiedniej izby.
    - Wstawać ? szarpnął za ramię żonę, zerwał pierzynę ze wszystkich. ? Szybko, wstawać, ubierać się. Tylko cicho, na litość boską.
    Wybiegł z chałupy. W oborze odgarnął widłami stertę słomy, ukazała się klapa w klepisku. Odciągnął skobel, wskoczył do wnętrza.
    - Panie Mendel, musicie uchodzić. Zaraz będą tu Niemce. Zbieraj pan rodzinę i lećta do lasu. Ja już więcej nic dla was zrobić nie mogę.
    Żydom nie trzeba było powtarzać. Balansując od miesięcy na cienkiej linie życia i śmierci nauczyli się nie zwlekać. Piotr odwrócił się, by wyjść z loszku, zatrzymał go jednak Mendel.
    - Dziękujemy ? powiedział po prostu i uścisnął mocno dłoń Piotra.
    - Uchodźcie bystro, nie zwlekając ? Piotr skinął im głową i więcej się nie oglądając pobiegł do chałupy.
    Żona i dzieci ubrani, obuci, z lękiem czekali na wyjaśnienia. Piotr zdjął ze ściany obrazek przedstawiający świętego Jerzego walczącego ze smokiem, odwrócił, spod ramy wyciągnął zwitek banknotów.
    - Masz ? powiedział do Hanki ? zabieraj dzieci i chyżo idźcie do wuja Rocha w Ujeździe. Ino nie gościńcem, a szlakiem przez las wedle mokradeł. Drogę znasz. Ruszajcie, nie ociągaj się.
    - Piotrze ? żona nie ukrywała przerażenia. ? Co się dzieje?
    - Niemce dowiedzieli się o naszych gościach. Niedługo tu będą, a wtedy z życiem nie ujdziecie. Musicie uciekać.
    - My? A ty? Co z tobą?
    Piotr przytulił mocno żonę, pocałował w czoło.
    - Dziękuję za wszystko ? wyszeptał jej do ucha. ? Zaopiekuj się porządnie dziećmi, niech wyjdą na ludzi, jak to wszystko minie.
    - Co z tobą!? ? krzyknęła Hanka, wyrywając się z uścisku.
    - Ja muszę tu zostać. Tak trzeba ? dodał widząc, że ta chce zaprotestować.
    - Ale po co masz zostawać? ? spytała z rozpaczą. ? Dlaczego nie możesz iść z nami?
    - Tak trzeba ? Uścisnął po kolei dzieci. ? Tak trzeba ? powtórzył trzeci raz. Na widok nic nierozumiejącego spojrzenia dodał: - Niemce, jeśli nikogo nie zastaną, w pomście mogą cała wieś z dymem puścić. Tak ? wyjaśnił ? Mendel z resztą już poszli w las. Wy też zaraz między drzewami znikniecie, więc ktoś tu musi zostać, aby przeznaczenie się spełniło. Oby Niemce się mną zadowolili i wieś oszczędzili. Tak trzeba. Idźcie już, za chwilę będzie za późno. No, ruszajcie!
    Odprowadził wzrokiem płaczącą Hankę i idące za nim zdezorientowane dzieci. Po paru minutach byli na linii drzew, wkrótce zniknęli z oczu. Piotr odetchnął głęboko, rozluźnił się, pogodzony z losem usiadł na progu. Nabił fajkę, zapalił i czekał.
    Godzina nie minęła, gdy usłyszał warkot motorów. Motocykl i ciężarówka podjechały pod gospodarstwo. Kilkunastu żandarmów rozbiegło się po zabudowaniach, wrzeszcząc przy tym na całe gardła. Do Piotra zbliżał się oficer, za którym dreptał blady, przerażony Janusz. Sołtys od razu zorientował się, że obejście jest puste i truchlał na myśl, jak to Niemcy odbiorą.
    Oficer stanął przed Piotrem. Ten powstał i spojrzał mu prosto w oczy.
    - Gdzie są Żydzi? ? zapytał grzecznie oficer i uśmiechnął się czarująco. Mówił dobrze po polsku, aczkolwiek z grubym akcentem.
    - Uciekli ? odpowiedział Piotr. ? Pewnie podsłuchali, że chcemy ich wydać i uciekli.
    - Och, jakie to typowe ? ucieszył się gestapowiec. - Polnische Wirtschaft, jak to mówią. ? Rozejrzał się po budynkach gospodarstwa. ? A żona z dziećmi pewnie wyjechała w odwiedziny do chorej babci?
    - Tak, do wujka. Nasza kolej w pomocy przy żniwach?
    Niemiec roześmiał się i klepnął Piotra przyjacielsko w ramię. Wydał głośno jakiś rozkaz po niemiecku, żandarmi przestali buszować po zakamarkach, ustawili się w szeregu frontem do dowódcy.
    - Dokąd ci Żydzi uciekli?
    - Nie wiem? Chyba na Chabrówkę, tam są wzgórza, lasy, łatwo o schronienie.
    - Czyli szukaj wiatru w polu. Mój drogi, czy ty sobie ze mnie kpisz?
    Niemiec się nadal uśmiechał, lecz Piotr czuł, że Kostucha zbliża się szybkim krokiem. Zamknął oczy. Przywołał wspomnienie dzieci, żony, spokojnego żywota sprzed lat. Był gotowy. Zaczął się bezgłośnie modlić, polecając Panu.
    - Panie oficerze ? doszedł go głos Janusza ? panie oficerze? Wiem, gdzie ci Żydzi mogli się ukryć. Jedźmy, poprowadzę.
    Piotr, zaskoczony, otwarł powieki. Janusz, schylony w dziwacznym ukłonie, z czapką w dłoniach, pokornie spoglądał na gestapowca.
    - Co chcesz zrobić? ? krzyknął Piotr. Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem.
    - Nic? - szeptał Janusz. ? Nic takiego? Bestia musi dostać ofiarę. Nic nie poradzisz.
    - Co chcesz zrobić?! ? powtórzył Piotr.
    - Są inni Żydzi, w leśniczówce Za Bagnami? Ofiara musi być ? z oczu biła łuna szaleństwa.
    - Czy my panom nie przeszkadzamy? ? wtrącił się gestapowiec.
    Janusz wyprostował się.
    - Jedźmy po nich! Poprowadzę. Panie sturmbannführer, proszę. Wiem, gdzie są Żydzi! Pokażę!
    - Chwalebna gorliwość ? mruknął Niemiec. Rozejrzał się dookoła. ? Dobrze, proszę iść do samochodu i zaczekać. Ja się tylko pożegnam z naszym uroczym gospodarzem i dołączę.
    Janusz ukradkiem zerknął na Piotra, zrobił nieczytelny gest dłonią i odszedł chwiejnym krokiem.
    - No, to czas się pożegnać ? oficer wydał po niemiecku jakieś rozkazy sierżantowi. Dwóch żandarmów poszło do ciężarówki. ? Dziękujemy, za poświęcony nam czas, Herr Piotr. Jeśli macie życzenie, możemy pojechać do wujka, u którego jest wasza rodzina i ją tu przywieźć. Jakimś dobrym uczynkiem muszę się przecież wykazać.
    - Dziękuję, panie oficerze, nie trzeba.
    - Tak myślałem. W takim razie zechcecie wejść do domu?
    Żandarmi wrócili taszcząc cztery kanistry. Piotr drżał. Oficer przyglądał mu się z zainteresowaniem.
    - Dobrze ? powiedział Piotr. Odwrócił się, wszedł do chałupy, zamknął za sobą drzwi. Wyraźnie czuł zapach benzyny, rozlewanej przez żandarmów po zewnętrznych ścianach.
    - Pod Twoją opiekę.