Proza

Jakub Nowakowski
Jakub Nowakowski


Noli me tangere

Spotkaliśmy się w połowie listopada, kiedy znicze jeszcze nie pogasły, a lampki choinkowe w marketach właśnie zaczynały ogłaszać dobrą nowinę. Aniołowie przecen zwiastowali świąteczną promocję darów ze wschodu. Byłem jednym z nich. Ustawili mnie pomiędzy przyprawami i sosami w słoikach. Życie dawno mi się przejadło. Z torebką czarnego, mielonego w ręce, mogłem to wszystko pieprzyć. I pieprzyłem. Nikt nie słyszał moich przekleństw, tłumionych przez twarzowy atrybut Świętego Mikołaja.
 Julka zaszła mnie od tyłu. Wtedy jeszcze tak do niej nie mówiłem, ale już wieczorem była Julką, Julcią, Boginią, Pokojówką, wszystkim po kolei.
 Dotknęła mojego ramienia i zapytała, czy nie wiem jak się idzie do alejki z nabiałem. Mój ?w tył zwrot? był właśnie w połowie dystansu, a język sposobił się do zawadiackiego: ?A może chcesz, kotuś, spróbować mojego nabiału?, gdy dotarło do mnie, że mam do czynienia z sąsiadką, mieszkającą dwa piętra nade mną. Sąsiadka, to jednak słowo najmniej pasujące do Julii. Sąsiadki, to babcie w fartuszkach, zgarbione od łypania przez judasza, wypuszczające z mieszkań na korytarz zapach kota i naftaliny. Julia była z innego świata. Teraz ten świat stał przede mną, lekko rozdekoltowany, trochę zdyszany i całkowicie doskonały. Tak doskonały, że stało się to, co zdarza się tylko w feministycznych anegdotach. Cała krew odpłynęła mi do członka, a niedotleniony mózg mógł spokojnie chromolić całą resztę i wydać impuls otępiałej gębie:
- Pojedźmy do Ciebie ? powiedziałem. Bardzo dostojnym ruchem odlepiłem białą brodę.
- Zgoda, ale muszę jeszcze poszukać podpasek. Mam okres.
- Eee? no tak, oczywiście. Bez tego ani rusz? tak myślę ? wymamrotałem, czując się jednocześnie jak myśliwy, który strzelił w dupę srającemu grzybiarzowi, biorąc go za zwierzynę. ? Wiesz, nie musimy tego robić. Ja w sumie lubię być Mikołajem. Może lepiej?
- Żartowałam. Chodźmy, szkoda czasu ? rzuciła ze śmiechem i ruszyła w stronę kasy. W koszyku miała parę majtek made in China, kilka woreczków z bakaliami tego samego pochodzenia i litrowe wiadro lodów z tiramisu. Pomyślałem, że takie zakupy może zrobić tylko kobieta. Żadnego mięsa, nie mówiąc już o browarze. I te chińskie majtki za pięć złotych mnie zastanawiały. Byłem ciekaw, czy podobne miała na sobie.
 Po drodze na Nowowilczyńską rozmawialiśmy jak starzy znajomi, głośno, na cały autobus. Obgadywaliśmy sąsiadów, narzekaliśmy na obskurne fasady mijanych kamienic, nieco ciszej podśmiewaliśmy się z siedzącego po przeciwnej stronie dziobatego faceta w peruce. Gadka skończyła mi się dopiero, gdy jej dłoń niespodziewanie, choć z dziwną naturalnością w ruchu, wylądowała na moim udzie. Julia też zamilkła. Wreszcie dojechaliśmy. Autobus jęknął zwalniając. Zawtórowałem mu cicho, ale Julia musiała to usłyszeć, bo objęła mnie ramieniem i szepnęła ? Nie bój się. To będzie mój pierwszy raz, to ja mam większe powody do obaw ? Wcale mnie to nie uspokoiło, przeciwnie, poczułem się jak potencjalny gwałciciel, jak ktoś kto ma skalać coś świętego. Postanowiłem, że będę parł z całych sił? żeby skończyło się tylko na herbacie.
- Jak to pierwszy raz? ? zapytałem z udawanym spokojem ? Przecież ty?
- Chodzi ci o facetów, którzy do mnie przychodzili? Były też kobiety, nie zauważyłeś? Udzielam korepetycji z włoskiego. Będziesz pierwszy.

 Całkiem inaczej wyobrażałem sobie jej mieszkanie. Spodziewałem się zobaczyć poduszeczki, czajniczki, świeczki, i inne pribombasy, które zazwyczaj widywałem w domach samotnych kobiet. Spodziewałem się tego tym bardziej, że Julia, pomimo całej swej klasy, nosiła się nieco lalkowato ? czerwona szminka, szpilki, długie kolczyki. Tymczasem w mieszkaniu panowała prawie zakonna surowość. W pokoju, do którego mnie zaprowadziła, poza stołem z czterema krzesłami, zielonym dywanem i dość dużym regałem z książkami, wypatrzyłem jeszcze niską szafkę z telewizorem, obróconym ekranem do ściany.
- Pogniewałaś się na telewizję? ? zapytałem, szczerze zainteresowany takim potraktowaniem całkiem rześkiej plazmy Philipsa.
- Aaa, to? nie. Wczoraj słuchałam filmu ? odkrzyknęła z przedpokoju Julia ? Czasami obracam telewizor. Słucham dialogów, muzyki i wszystkich pozostałych dźwięków, próbując wyobrazić sobie całą resztę. Fiśnięta jestem, co?
- I to zdrowo ? odpowiedziałem, gryząc się zaraz w język. Mam niemiłe doświadczenia z brakiem poczucia humoru u kobiet. Na szczęście Julia zareagowała zupełnie szczerym śmiechem, po czym weszła do łazienki i zamknęła się w niej na dobre dwadzieścia minut.
 Napisałem Kuderskiemu, że może sobie wsadzić, te nędzne grosze, które mi się należały za trzy dni stania. W odpowiedzi otrzymałem wiązankę bluzgów i zapewnienie najszczerszych wyrazów nienawiści. Moje były równie szczere, ale postanowiłem nie marnować czasu i pieniędzy na kolejnego SMS-a. Poza tym śpiew Julii, dobiegający z łazienki, działał na mnie uspokajająco. Czułem się jak gówniarz na koloniach. Świat został za drzwiami wejściowymi. Już od bardzo dawna nie przeżywałem tak świadomie teraźniejszości. Myśli nie gnały do przodu, nie nękały mnie żadne wspomnienia. Wreszcie wyszła.
 Zapytała, czy napiję się herbaty, ale nie odpowiedziałem. Patrzyłem. Przechyliłem się lekko na krześle, by przez uchylone drzwi łazienki sprawdzić, czy tamta Julia została w środku, bo ta, która siadała mi teraz na kolanach, była zupełnie kimś innym. Z rozpuszczonymi włosami, bez makijażu, biżuterii, w rozciągniętej, bawełnianej bluzie wyglądała całkiem inaczej. Dotąd, głównym uczuciem, jakie się we mnie rodziło, kiedy ją spotykałem, było pożądanie. Takie najbardziej prymitywne i płytkie. Teraz doznawałem zachwytu i zdziwienia tak wzruszającego, że musiałem zapewne wyglądać jak fatimski pastuszek. Światło wpadające do pokoju przez nagie okna, jaśniało na piegach, których dotąd nie zauważałem. Naturalny róż, pozbawionych makijażu ust, wystarczyłby sam w sobie ? reszty świata mogłoby już nie być? gdyby nie spojrzenie, pewne, ciepłe, przekonujące o tym, że Julia panuje nad całą sytuacją. Ja nie panowałem. Wyczuła to. Zaaplikowała lekarstwo z tym samym spokojem, który miała w oczach. Kiedy oderwała usta, uśmiechnęła się lekko i zapytała:
- Przyjdziesz jeszcze do mnie?
- Tak, pewnie tak? a kiedy chcesz?
- Wieczorem. Za pół godziny przyjdzie pani Asia. Uczy się włoskiego, bo ma chłopaka Italiańca i chce z nim wyjechać do Turynu, na stałe? Przyjdź wieczorem. O ósmej.

 Zjawiłem się punktualnie. Rano Julia wyznała mi, że jej pierwszy raz zepchnął słuchanie filmów, przy odwróconym telewizorze, na drugie miejsce w rankingu przyjemności.
 Mój ranking, po tej nocy, stał się kompletnie nie aktualny. Zaczynałem wszystko od nowa.

*

 Ogórki z miodem? Słyszałem o tym wariactwie, ale teraz miałem szaleństwo owo celebrować i mimo zapewnień Julii, że odtąd nie będę jadł ogórków inaczej, jak tylko z miodem, wcale nie byłem zachwycony. Mało tego, omiotłem wzrokiem stół i nie dostrzegłem ani plasterka wędliny. Będę głodny ? pomyślałem.
- A może ty będziesz głodny po tych ogórkach? ? powiedziała, rozciągając leniwie każde słowo i patrząc na mnie jak lekarka, urzędniczka? jak celniczka na polsko ? ukraińskiej granicy. ? Salami?
- Tak, proszę ? czułem się gorszy. Ona na tych ogórkach przejedzie pół dnia i będzie szczęśliwa? Wtem, wpakowała sobie do ust, zwinięty w rulonik, plaster salami. Byłem pewien, że zrobiła to specjalnie. Chwilami miałem wrażenie, że potrafi czytać w moich myślach, ostatecznie jednak, doszedłem do wniosku, że po prostu nie panowałem nad własną gębą i to ona mnie zdradzała. Julka umiała to doskonale wychwycić i wykorzystać do osiągnięcia przewagi. Przewaga? tego właśnie nie pojmowałem. Dlaczego Julia i inne znane mi kobiety, tak bardzo starały się być o krok przede mną, we wszystkim. Czy kolorowa wkładka do jednej z poczytniejszych gazet mogła mieć aż taką moc. Wysokie obcasy, poczucie wartości niskie, chęć do życia średnia, umiejętność samodzielnego myślenia poniżej dna. Nie. Z Julką aż tak źle nie było, zresztą rywalizowała ze mną doprawiając wszystko humorem, więc nie posądzałem jej o jakiekolwiek kompleksy. Siebie posądzałem. Ba, miałem nawet bardzo rzeczowe dowody zakompleksienia. Kiedy więc Julka usłyszała ode mnie którejś nocy: ??co ty, ja nie muszę mieć orgazmu, ważne żebyś ty miała.?, oświadczyła, że to ostatni raz, bo nigdy nie lubiła harcerzy i następnego ranka wystawiła moją torbę na klatkę schodową.
 Kilka dni po naszym rozstaniu, choć może lepiej powiedzieć, jej rozstaniu się ze mną, wprowadził się do niej Gustaw. Człowiek, który w wieku lat czternastu postanowił udowodnić swojemu staremu, że nie jest melepetą, najsłabszym ogniwem w długim łańcuchu prawdziwych samców, co wmawiał mu ojciec na każdym kroku, czasem nawet bez użycia słów, a jedynie spojrzeniem człowieka, bawiącego się ślimakiem przy pomocy patyka. Teraz, kiedy Gustaw przekroczył trzydziestkę wyglądał naprawdę dziko i męsko. Okupił to latami pracy na platformie wiertniczej i przeróżnymi umartwieniami ciała i ducha, tego ostatniego maltretował głównie nie przepuszczając żadnej okazji do wejścia w dyskusję z mądrzejszymi od siebie. Miał też Gustaw obrzezany napletek, bo postanowił nie zawracać sobie głowy kobiecymi orgazmami i rzeczywiście nie musiał, bo kondycję miał dobrą i zazwyczaj to on pierwszy słyszał krzyk rozkoszy, zanim jego wyślizgany żołądź zgarnął należną nagrodę. Dlatego właśnie zagościł u Julki na dłuższy czas.
 Ja tymczasem zacząłem regularnie odwiedzać ogród zoologiczny. Wbrew temu, czego ode mnie oczekiwano dokarmiałem po kryjomu małpy i inne zwierzęta, a zwłaszcza parę tapirów. Pan tapir mianowany został Gustawem, a tapirzyca Julią. Przynosiłem im chipsy i inne niezdrowe rzeczy. Mimo wytrwałych, codziennych podtruwań, zwierzęta nie zdradzały oczekiwanych objawów rozstroju żołądka, ani nawet zwykłej zgagi. Po dwóch tygodniach odpuściłem sobie i przeniosłem się do pawilonu, gdzie bez straty grosza mogłem straszyć rybki z najdalszych stron świata. Wreszcie poczucie krzywdy odpuściło. Postanowiłem wyjechać na kilka tygodni z Polski. Oczywiście nie miałem na to pieniędzy.
 Przyzwyczaiłem się do tego. Pieniądze były, a czasem ich nie było. Nie pożądałem ich, poza chwilami jak ta właśnie, w której zapragnąłem wyjechać. Właściwie to nawet wówczas nie chodziło o same pieniądze - ?z dupy jednak nie wystrzelę i nie dolecę na dalekie wyspy? - myślałem sobie, więc konieczność zdobycia funduszy stawała się paląca, tak paląca, jakbym jednak wystrzelił.
 
*

 Ojciec Bolesław wyjął z szuflady biurka zwitek stuzłotówek i włożył mi go do ręki z taką miną, jakby dawał mi cukierka.
- Jak wrócisz, wpadnij. Dam ci coś jeszcze. Aha, przywieź stamtąd butelkę tej ichniej wody.
- Przywiozę? wiesz, że ja bym najchętniej nie wracał i mnie tu na wodę bierzesz ? powiedziałem, siląc się na beztroski uśmiech. Oczywiście byłem mu wdzięczny za hojność, bez której nie mógłbym wyruszyć dalej niż do Pruszcza, a tu, proszę ? Manresa. Czułem się jednak jak żebrak i nie znajdowałem w sobie krztyny akceptacji dla tego przykrego poczucia. Wiedziałem na szczęście, że ciężar spadnie ze mnie, kiedy tylko opuszczę kancelarię parafii Podwyższenia Krzyża Świętego. Tymczasem ojciec Bolesław, człowiek, który znał mnie od dziecka, a tym samym cały mój plecak wypełniony kompleksami, krzywdami i pragnieniami, postanowił utwierdzić mnie w wyborze miejsca i celu wyjazdu. Wiedział, że mogę zdezerterować i zamiast w Pireneje ruszyć na podbój Paryża czy Amsterdamu, co najpewniej skończyłoby się ponownym zeszmaceniem. Ponownym, bo wysyłał mnie już Bolesław do Manresy dwa razy ? za pierwszym wylądowałem w Trondheim, gdyż od zawsze marzyłem o zobaczeniu fiordów i romansie z piegowatym biustem w tle, za drugim prawie dotarłem do Albanii, gdzie miałem rozpocząć cichy żywot misjonarza z własnego powołania. Prawie godzinna rozmowa telefoniczna z Bolesławem odwiodła mnie od przekroczenia granicy Albanii i własnej głupoty.
- Spróbuj nie uciec przed sobą. Przyjdzie czas na zabawę i radość, ale sam wiesz, że nie potrafisz się na razie cieszyć. I będzie tak, dopóki nie spotkasz się ze swoją przeszłością, dopóki nie odnajdziesz w niej sensu i nie pozwolisz, by rany zostały zalane balsamem. Jest nim Jego obecność w historii twojego życia ? To mówiąc, ojciec Bolesław ścisnął krzyż stojący na biurku, tak, że jego grube palce zbielały jak wapno. ? Chodzisz głodny i wiesz dobrze jaki to głód. Pia mówi, że wyglądasz jak widmo podobozowe i nie da się jej odebrać słuszności w tym osądzie. Żyj! Przyjmij życie. Jesteś chciany i to właśnie pierwsza rzecz, którą masz tam usłyszeć i poczuć. Kiedy już dojedziesz do Manresy? odprawię mszę, żebyś w końcu dotarł, pójdziesz do siostry Miriam. Ona powie Ci co masz dalej robić.
- Co robić? mówisz? tak, chciałbym to wiedzieć ? odpowiedziałem wstając z wyciągnięta do pożegnania ręką.

*


 Do Manresy dotarłem szóstego grudnia. Teraz kwietniowe słońce z hiszpańskim temperamentem odbijało się w klasztornej fontannie, mówiąc mi ?wciąż tu jesteś?. Zatopiony w pewnym swego cieple przedpołudnia, z lekko przymrużonymi powiekami, cieszyłem się? sobą. Niezwykłość tego stanu, sprawiała, że kręciło mi się lekko w głowie ? Boży Fiś, jakby powiedziała Miriam.
 To ona pomogła mi znokautować moją przeszłość, a potem? obmyć ją, zabalsamować i pozwolić jej powstać do nowego powołania. Tak naprawdę, przez pierwsze kilkanaście dni Miriam walczyła sama. Ja byłem już tak zobojętniały na to, co się ze mną będzie działo, że nie mogłem uczynić nic więcej ponad to, o co świadoma mojej słabości kobieta mnie prosiła. Miałem pozostać, nie uciekać. Leżałem więc, aż do Bożego Narodzenia, na materacu, który dość niesprawiedliwie nazwałem madejówką, był bowiem całkiem wygodny. Kiedy zaś miałem dość leżenia siadałem na podłodze i skakałem po hiszpańskich kanałach telewizyjnych, coraz mniej pojmując jak można było zaliczyć ten świergot, tak odmienny od suchej i wyraźnej łaciny, do języków romańskich. Miriam tymczasem nasłuchiwała. Była głucha na dźwięk telewizora i zgiełk bulwaru, wpadający przez okno, które otwierałem, by mieć poczucie, że świat się nie kończy w tych czterech ścianach, ani w mojej zmęczonej głowie. Nasłuchiwała dźwięku trzaskających płomieni, chociaż żaden proces spalania nie miał miejsca.
 A moja głowa? czemu była tak zmęczona?

*

- Warto żyć? ? to były jedne z pierwszych słów, które do mnie skierowała. Na szczęście mówiła po angielsku, co przyjąłem z dużą ulgą. Kobieta tuż po czterdziestce, wciąż piękna, choć troska, która napinała jej rysy, nie pozwalała na powstanie we mnie żadnych zdrożnych myśli, stanęła przede mną z rękami po łokcie utytłanymi mąką. Miała na obrzeżach miasta małą piekarnię, którą prowadziła wraz z Prudence, młodą emigrantką z Burkina Faso. Na pytanie Miriam odpowiedziałem obojętnie, przymuszany też nieco przez zawstydzenie jej bezpośredniością, że owszem, warto żyć, choć ja sam nie mogę już doczekać się śmierci. W odpowiedzi dostałem po nosie białym od mąki palcem. ? Ja też się nie mogę doczekać ? powiedziała Miriam, co nie wiedzieć czemu, bardzo rozbawiło stojącą u jej boku Prudence, która skryła wielkie, roześmiane usta za rąbkiem kołnierzyka. Pomyślałem sobie, że Bolesław wyciął mi chyba numer swojego życia, posyłając mnie do tego dziwnego miejsca. Jak się potem okazało, rzeczywiście był to numer jego życia? mojego też.
 Dziewiątego grudnia dostałem maila od Julii, w którym żaliła się, że Gustaw stał się oziębły, a w dodatku kupił sobie Yorka, co zburzyło zupełnie jego męski wizerunek. Wspominała nasze pierwsze dni i zasugerowała, że przyjęłaby mnie z otwartymi ramionami. Byłem bliski napisana jej czegoś o smażeniu cycków, ale dałem sobie na wstrzymanie i nie odpisałem wcale. Dwa tysiące kilometrów, dzielące mnie od toksyn, stanowiło dobroczynny bufor ? czułem się nietykalny. Rzeczywiście, dzień po dniu, coraz łatwiej radziłem sobie z niektórymi wspomnieniami, które przychodziły wciąż jak sms-y, przynaglające do spłaty zadłużenia. Były też roje wykrzykników i znaków zapytania w mojej pamięci, które próbowały być wspomnieniami, ale natychmiast wypierane, nie zdążały nimi być. To były najdawniejsze, mroczne doznania. Z nimi nawet nie próbowałem się zmagać. Czułem jednak, odkąd pamiętam, że to właśnie one nie pozwalały mi cieszyć się sobą i innymi. ?Nie plącz się pod nogami?, to właśnie mówiła mi przeszłość, a słowa te raniły mnie, jakbym wciąż był dzieckiem. Niechcianym.

*

 - Chodź, pokażę Ci jak bardzo jesteś chciany. Zbliża się Boże Narodzenie i dobrze by ci zrobiło, gdybyś wreszcie przeżył je radośnie. Wiem, że do tej pory przychodziło ci to z trudem ? oświadczyła po śniadaniu Miriam. Był dwudziesty pierwszy grudnia, za oknem padał hiszpański deszcz? a może portugalski, może chmury nabrały wody w usta i zaczęły się dusić dopiero nad Manresą? Takie odrealnione myśli rodziły się we mnie, kiedy Miriam, po raz pierwszy od mojego przyjazdu, otworzyła na oścież drzwi swojego pokoju i zaprosiła mnie do środka. Posadziła mnie na fotelu i uklękła obok z plikiem fotografii w rękach.
- To będzie film o małej Miriam ? szepnęła uśmiechając się. Nigdy przedtem nie widziałem uśmiechu, w którym kryła się cała opowieść. Wyciągnąłem dłoń po pierwsze zdjęcie. Było czarno białe i przedstawiało kobietę i mężczyznę, stojących na jakiejś ścieżce. Kobieta trzymała w ramionach śpiące, około dwuletnie dziecko. Domyśliłem się, że Miriam zależy na tym, żebym zobaczył ?coś? szczególnego. Jednak nie potrafiłem. Ludzie na zdjęciu, byli przeciętni, normalni, poprawni? tacy jak trzeba. Wtem zrozumiałem. Przez krótką chwilę, zobaczyłem zdjęcie jakby nie swoimi oczami i dostrzegłem ich ukamienowane twarze. Byli zmęczeni życiem, sobą i nie mieli w sobie ani krzty radości, jakiej można by się spodziewać po młodych małżonkach i rodzicach. Nie mogli mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Byli martwi. Czułem się coraz bardziej nieswojo, pojmując, że równie dobrze mógłbym oglądać moje własne rodzinne pamiątki i mieć podobne odczucia. Na kolejnym zdjęciu Miriam karmiła kota. Mogła mieć wtedy około siedmiu lat. Jej twarz, ujęta nieco z ukosa, była naznaczona skupieniem i dorosłą dostojnością, nie pasującą do kilkuletniego dziecka.
- Co czujesz, kiedy na nią patrzysz? ? zapytała.
- Chyba? chyba współczucie ? powiedziałem ? Ona czeka na śmierć? takie mam wrażenie.
- Mama nie chciała mnie urodzić. W tamtych czasach kobieta w ciąży nie mogła myśleć o dalszym studiowaniu. Byłam więc dla niej przeszkodą.
 Następne fotografie, zwłaszcza zbiorowe zdjęcia z czasu szkoły jeszcze bardziej powiększyły moje przygnębienie. Na jednym z nich, jak oceniałem, połowa klasy musiała być dotknięta tą samą, co przyszła zakonnica, chorobą, duchowym paraliżem odrzucenia, trądem życia z przypadku. Przedostatni obrazek przyniósł mi trochę ulgi. Miriam stała na szczycie jakiegoś wzniesienia, za jej plecami rozciągało się zalane słońcem miasto. Twarz siostry zdobił uśmiech podobny do tego, który widziałem na żywo dziesięć minut wcześniej.
- To Jerozolima? tuż po moich ślubach wieczystych ? powiedziała i podała mi ostatnie zdjęcie. Zrobiło mi się zimno i przez moment walczyłem z tym rzadkim, ale jakże nieprzyjemnym wrażeniem, że śnię, albo gram w filmie. Było to zdjęcie z dokumentacji wypadku samochodowego, zrobione przez katalońską Policję. Zmasakrowane, niemal nie do poznania ciało Miriam, leżało na foliowej płachcie obok kompletnie rozbitego auta. W wypadku ucierpiał ktoś jeszcze, bo w kadrze zmieściła się dłoń innego, leżącego na drodze człowieka.
- Rozbiliśmy się wracając z Barcelony do Manresy. Ja i ojciec Jordi.
- Czy wy? a jak? - próbowałem zadać pytanie, ale nie wiedziałem o co tak naprawdę chcę zapytać.
- Tak. Zginęliśmy. Oboje.
 Powoli obróciłem głowę w stronę siedzącej po mojej prawej stronie istoty. Byłem pewien, że zobaczę kogoś innego, choć z pewną ulgą przyjmowałem fakt, że pozostał we mnie jakiś cień racjonalnego myślenia. Niemiłe uczucie odrealnienia przeszło. Jednak kiedy spojrzałem na nią, zostałem ogarnięty przez nowy stan, tak dogłębny, że z mojej przepony wyrwał się okrzyk podobny do śmiechu, choć po policzkach płynęły mi wielkie łzy. Pewność tego, że wciąż jestem sobą i że sobą jest też Miriam, choć nieco inna od tej sprzed kwadransa, sprawiały, że nie było we mnie lęku, przeciwnie, czułem się bezpiecznie. Czułem, że czas i miejsce są właściwe. Czułem, że ktoś zabiera właśnie wielki ciężar z moich ramion.
- A teraz zobacz, jak bardzo jesteś chciany ? siostra Miriam położyła mi na głowie ciepłe dłonie i modliła się szeptem. W sposób naturalny, jakby wyuczony, zamknąłem oczy. Teraz wyraźniej i głośniej słyszałem jej modlitwę, ale po chwili słowa wypowiadane w jakimś, prawdopodobnie bliskowschodnim języku, padały już nie z ust Miriam, ale dwóch innych osób. To była ożywiona rozmowa pomiędzy kobietą a mężczyzną. Na razie nie widziałem nic. Poczułem za to, całkiem mocno, zapach starego, chłodnego pomieszczenia, w którym rozpływały się jeszcze co najmniej trzy inne wonie ? świeżego siana, bydlęcej sierści i kadzidła. Kiedy głosy ucichły zobaczyłem twarz noworodka. Mimo, naturalnego dla tak małych niemowląt, pół ślepego spojrzenia, wzrok dziecka dochodził do moich oczu i jakby zatrzymując się na chwilę, przeszywał je płynąc dalej, do upragnionego celu. Pełen zachwytu uśmiech, sprowokował moje wargi do równie szczerej odpowiedzi. Dziecko patrzyło na mnie, ale jeszcze na kogoś. Ja sam wpatrywałem się w nie własnym zmysłem i jakiejś innej osoby jednocześnie. Miriam dmuchnęła mi w czoło i w tym momencie zobaczyłem kobietę, której wzrok przechodząc przeze mnie, zachwycał się mną i również, jak w przypadku dziecka, płynął dalej. Matka i dziecko adorowali się w ciszy, a ja byłem ich wspólnym zachwytem. Ta ich dziwna zgoda na moją obecność, na bycie ich wzajemną miłością, była zastrzykiem bezbolesnym i działającym natychmiastowo na całe moje zranienie. W oczach matki wyczytałem, że mam pełne prawo do jej miłości. Spojrzenie dziecka mówiło mi, że śmierci nie ma, nie istnieje. Została przez nie pokonana.
 Kiedy widzenie się skończyło zakonnicy nie było już ze mną w pokoju.
- Miriam?! ? szepnąłem głośno wypuszczając powietrze. Nie było jej. Podniosłem dłoń, żeby dotknąć rozpalonego czoła. Na wewnętrznej stronie dłoni ujrzałem napisane flamastrem słowa:
noli me tangere.