Poezja

Anna Sadzik
Anna Sadzik
miasto: Kraków

Anna Sadzik - ur. 1988 w Krakowie, publikowała m.in. w WAKACIE, TYglu, Gazecie Kulturalnej, Jednorożcu, Poezji Dzisiaj i na PKP-Zin. Laureatka ogólnopolskich konkursów m.in. O Laur Opina (III miejsce), Sfotografuj wiersz-zwierszuj fotografię (do fot. Mieczysława Wrońskiego), 42 Jesienna Chryzantema (nagroda w kat. Debiut); inne zainteresowania: muzyka (wokal, perkusja), film/teatr, scenopisarstwo, malarstwo; przed debiutem książkowym.


kupię sobie Trójmiasto

Całe życie harowałem
zbierałem wszystko z okolic
najpier zużyte butelki wymacane przez obce dłonie
poźniej wyplute pety ze sklepowych śmietników
wymiatałem chodniki z gówien knajpianych królów
szukałem groszy po kieszeniach przechodniów
i odwoziłem wózki w hipermarkecie
nie byłem święty
kosiłem trawy bogaczom i zraszałem ich sztuczne trawniki
pucowałem z krwi ich okna torując szyby dla kolejnych starć
wyrzucali mnie wiele razy za parapety swoich domów
nie dokarmiając i nie płacąc wcale
spałem w koszach porąbanych od remontu
i delektowałem się ciszą nieba
nie byłem trzeźwy
byłem w stane wiele znieść
lecz nie na zawsze
znalazłem dużą mapę w śmietniku obok willi
starzy kupili ją synkowi na urodziny, ale na moje szczęście wolał tablet
pojechałem z rozpędem pociągiem przez Polskę
pojechałem z Krakowa prosto do Gdańska
spałem twarzą w piasku i nogami w wodzie
nie byłem stały
porzuciłem żebractwo na zbieranie złotówek w piasku
kiedyś kupię sobie Trójmiasto





ogród matki

w ogrodzie matki było nas wielu
widziało się i fiołki i ludzi
goście robili sobie fotki
farbami na sztalugach domu
powstawały niezapomniane pejzaże
oparte o mury drzewek owocowych
i bujające się pod fontanną z beczki

pewnego dnia więdła winorośl
tarcze naszych rąk wskrzesiły ją
ale z palcami matki
ciszy w milczeniu wiatru
nie było szans przegadać
trawa kosiła siebie i starość
ale i ta była tu obecna
gdy dziadek poganiał słoneczniki
zapach igliwia przygotowywał się
do świąt miesiącami, a my miesiącami
oddychaliśmy zabawą

na kocu przesiąkniętym deszczem i mchem
brali nas za niewyobrażalnych leni
a my otoczeni murem z książek
bierkami broniliśmy tego miejsca
matka jakby tańcząc w pościeli
wieszała girlandy światła
torując nam powrót nocy

i wieczorem wrócił księżyc
zasypiający z zachwytu nad mleczami