Poezja

Dagmara Kacperowska
Dagmara Kacperowska
miasto: Kłodzko

Dagmara Kacperowska ? rocznik 75? Z wykształcenia pedagog. Od kilkunastu lat pracuje w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju, gdzie zajmuje się edukacją muzealną oraz organizacją wystaw m.in. sztuki współczesnej. Pisze teksty branżowe jak i te poświęcone artystom. Od kilku lat pisze wiersze. Nie wydała dotychczas własnego tomiku. Teksty publikowane były m.in. w Szufladzie, Helikopterze, Pretextach, Angorze. Wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie im. Brylińskiego. Mieszka w Kłodzku.


Wizjoner

wyrastanie z betonowych ścian
definiuje pewien stereotyp;
dresowe wdzianko w narodowych barwach,
dwudziestoletni passat (garażowany!),
plazma.

w pokoju, w kuchni
czasem w kiblu, gdy nabieram wody
w usta, puchnę i wypływam
poza margines społecznej użyteczności.

potem dryfuję pomiędzy piętrami,
by o czwartej nad ranem
braillować na wycieraczce
w poszukiwaniu wejścia.

za drzwiami narasta dzieciopranie.
wkładam palec do oka
i staję się wizjonerem

przez dziurkę od klucza.





news na pierwsze strony

spowszedniała mi twarz, skarłowaciał umysł.
mieszczę się w kanonie Polikleta.
porastam światłowody, puby i nadmorskie
plaże, na których dzieci lepią bałwana.

to nic, że nawożę parki zbędnymi
treściami. karmię martwe ptaki
i przydrożne rowy.

jeszcze jestem!

dławię w sobie pijaka. trawię
resztki elokwencji, wydziobują je
kruki i bezdomni artyści.

jeszcze jestem. widzę;
hieny krążą, uśmiechają się pod nosem,
szczerzą obiektywy.

macie, bierzcie ścierwo. żujcie.
na wieczne używanie oddaję wam
dranie!





Boże błogosław!

w mikroobiegu tygodnia pomiędzy
dom - praca - dom
czuję jak obrywam po mordzie,
niczym Gołota tuż po pierwszym gongu, a może trzecim?
nieważne. boli.

garść prochów z domowej apteczki
robi swoje. otumania na chwilę,
uwodzi spojrzeniem szklistych oczu
kiepskiej aktorki. pierdoli.
w mojej głowie. w wieczornych wiadomościach.
w pustej lodówce. światło

w wąskim tunelu oddala się. blednie
jak twarz na widok komornika.
rachunków. sumienia? nie mam
by zabrać dziecku smak
czekolady. tanich zabawek z dyskontu. marzeń

o śnie nad ranem. o twarzy bez grymasu,
gdy pod nosem powtarzam:

Boże, błogosław Portugalię!





nowy dom

nie chciałam być ptakiem, kolorowym
zdrajcą w pożyczonych piórach śpiewać
Marsylianki. tańczyć kankana
na Polach Elizejskich. rozbłysnąć
jak gwiazda kilogramem semteksu.

nie chciałam słuchać ojca, brata
męża nie kochałam. dzieci
mieć nie mogłam ani spokoju.

w upalne popołudnie wybrałam,
kamienie mieszczące się w dłoniach
mężczyzn i kobiet.
zbudowali mi nowy dom.

bez okien i drzwi.

potem, przy szklance herbaty
mówili, że nie chciałam.





Stan przejściowy

start. wskazówki ruszyły
szybciej niż zwykle. przemykam poziomo
siatką korytarzy. mówią, że tak jest najprościej
powstrzymać mdłości i ciało
przed spadaniem w dół.
w łunę listopada.

odgryzam chore miejsca.
coraz mniej we mnie połączeń,
wyrzutów sumienia, złości na los,
strachu.

już nie dźwigam
ludzkiej skóry, okruchów chleba,
grzechu pierworodnego.

kłamstwa.