Poezja

Iwona Szybowski
Iwona Szybowski


Zośka
 
Czarne szpilki na gołych nogach, obcisła bluzka,
dekolt do pępka odkrywał piersi.
Falująca kwiecista spódnica, w pożółkłych palcach papieros.
Kurwa, cel śmiechów, drwin i pogardy.
 
W każdą niedzielę, jeszcze pijaną mijał ciągnący do kościoła tłum.
Wracała do pokoju, przydzielonego z urzędu. Tylko szafa
odgradzała jej świat od reszty mieszkania.
W religijnym uniesieniu kobiety pobożnie przekreślały swoje ciała
znakiem krzyża, mężczyźni spluwali. Wieczorami szukali jej towarzystwa.
Odskoczni od barchanów.
 
Zakochała się w Józku, kominiarzu. Kiedy ją "zbrzuchacił"
i rzucił, przywiązała sznur do komina. Zwisała uczepiona niczym
latawiec na krótkiej lince, jak zmokła wrona, liść.
Jakby nigdy nic.
 




Hanka

Wołali głupia, nigdy po imieniu. Z zaślinionym uśmiechem,
machając rękoma, opowiadała coś po swojemu.
Matka umarła przy porodzie. Ojciec przed wyjściem do kościoła,
namaszczonym ruchem ostrzył brzytwę. Przeciągał powoli
po skórzanym pasku, po świńskim zaroście.
I sterczącej grdyce. W kąciku ust międlił cygaretkę.
Lśnił od brylantyny.

Kiedy wypił, tracił kontrolę. Wycinał sine pręgi
na bosych nogach Hanki, na plecach, ramionach. Pękało
cienkie płótno sukienki, brzegi nasiąkały krwią.
Pracował po kilku głębszych, wpadł do fabrycznego komina.
Najgłośniej płakała Hanka. Dziwiła się, że w trumnie zajmował
niewiele miejsca. Ale czy skurwysyństwo da się zmierzyć
w metrach?





Walter

Za plecami wątłe oparcie
krzesła. Trochę książek, kawałek ściany,
nic ważnego, nic do zapamiętania.
Miasto zmienili w makietę. W telewizji co godzinę
ostrzegali, że nie wolno
się wychylać.

Mróz zacierał widok. Otworzył okno na oścież.
Śnieg padał do środka, sklejał rzęsy.
Topniejąc na policzkach żłobił ślady. Grudzień
nie jest najlepszym miesiącem
na wojnę.

Księżyc reflektor oświetlał bloki;
pogięte, śmierdzące kubły, trzepak, porzuconą
sukę. Z kanałów płynęła rwąca breja, zagarniała
wyludnione ulice. Ciemne i ciche. Unosząc na grzbiecie
oniemiałe radio.





Ewa

Nie ma wspomnień o tobie. Tylko to jedno:
szafa, w niej kostki prześcieradeł i obrusów
przełożonych różowym, pachnącym świństwem.
Karnie zalegały półki obok kosza brudów.
Skąd miała wiedzieć ile wysiłku
potrzeba do utrzymania życia w ryzach.

Taka religijna, a ciągle wzdychałaś:
"mój Boże, nie mam czasu na przyjemności".
To nie było fair. I to, że nigdy nie umiałaś jej
pokochać.

Nie może się modlić, nie może klękać.
Ma chore nogi. Teraz mogłybyście się z tego śmiać,
gdybyś nie umarła.





Marek

Powiedział: stąd jest tylko jedno wyjście.
Jeśli nie potrafię zabić, muszę polubić
cholerne owady. Pazurnice, brzuchorzęski,
niesporczaki.

Dobra, poździeram pajęczynę,
więcej nie wymagaj. Masz rację, idée fixe,
ale nie nadepnę na żadne z tych stworzeń.
Nie dotknę.

Strach ogarnia mnie także na widok lnianego
obrusa. W dzieciństwie widziałem jak przykryli nim
chłopca, "co go żniwiarka połknęła"
zanim ktoś zasłonił mi oczy.

Niech sobie żyją wszystkie robaczki,
w plamkach światła. Zawsze to,
co miało na mnie wielki wpływ
było niewielkie.